magdalene blog

30. 20-22 maja 2011 – autostopem nad morze

przez , 23.maj.2011, w Bez kategorii

Za mną kolejna już podróż autostopem (20-22 maja)… O poprzednich nie pisałam, jakoś nie mogę się do tego zabrać. Ale planuję ;) Otóż tym razem kierunek: nad morze (ew. byle dalej).
Wyruszyłyśmy z Megi 20 maja w piątek, rano szybko spakowałam rzeczy. Mogłabym brać udział w mistrzostwach na najszybsze pakowanie się przed wyjazdem. Do Wrocławia dojechałam pociągiem, bo na 11 umówiłam się w sprawie pracy. O 12 spotkałam się z Megi na rynku, przed wyjazdem poszłyśmy na obiad, lody. Megi kupiła piwo, które piła w towarzystwie moim i jakiegoś nachalnego typa w kapciach i brudnym dresie, który twierdził, że niedawno po prostu wyszedł z domu i wsiadł do pierwszego pociągu, który zawiózł go do Wrocławia. Twierdził też, że nie powinnyśmy sobie wcześniej planować podróży, tylko najlepiej tego samego dnia. Chciał nawet z nami jechać stopem, ale stwierdziłyśmy, że chyba sobie facet za dużo wyobraża. Zresztą rozmówcą był mało interesującym.

Wyszło na to, że wyjechałyśmy ok. 16. Wylotówka na Poznań i w drogę. Po niedługim czasie zatrzymał się tir, w którym dowiedziałyśmy się m.in., że firma Hortex już dawno nie istnieje, a soki przywożone są w zagęszczonej formie z Afryki, po czym rozcieńczane i wlewane do kartonów. Wysiadka w Rawiczu, małe zakupy w Kauflandzie.
W Rawiczu wsiadłyśmy do Pana, który wiózł plastikowe pudła ze strzelbami. Okazało się, że jedzie do Poznania na mistrzostwa strzelania. W zeszłym roku zdobył srebrny medal, teraz planuje złoto. Jest rolnikiem, myśliwym, ma własną stadninę w Jastarni, którą prowadzi jego córka i firmę budowlaną, rozwodnik. Dostałyśmy zaproszenie na stadninę, jak również do Berlina. „Macie prawo jazdy? Pojedziemy na dwa samochody do Berlina, a potem się odwdzięczycie” – cokolwiek to oznaczało, wolałam nie pytać. Pod koniec trasy nasłuchałyśmy się kawałów o pedałach i seksie. Stracił zdrowie, kiedy spadł z konia, który go przygniótł, przeszedł ciężką rehabilitację, nie mógł chodzić.
Poznań – Smochowice, droga na Gorzów Wielkopolski, kawałek podrzuciła nas młoda studentka prawa i jakiegoś drugiego kierunku, jechała od chłopaka w ładnej letniej sukience. Nadal Poznań, ale nieco dalej zatrzymuje się busik. Trzech osobników płci męskiej: mechanik, 28-letni żużlowiec (jeździ 15 lat) i jego 17-letni brat (też jeździ). „Kiedy ktoś się dowie, że jesteśmy wegetariankami, mówi, że jemy trawę”, co kierowca skwitował: „trawę się pali, a nie je”. Po drodze złapała nas burza, która też dość szybko minęła, całe szczęście. Zatrzymaliśmy się po drodze na małej zajezdni i w sklepie, dostałyśmy po lodzie ;), pan mechanik kupił sobie 0,5 l, które wypił sam po drodze. Dowiedziałam się, że motory na żużel wyciągają ok 130 km/h, nie mają hamulców, a hamuje się silnikiem. Panowie nie spieszyli się za bardzo, w Gorzowie odwiedzili jeszcze sklep, kierowca swoją dziewczynę, więc miałyśmy małe opóźnienie, zaczynało się sciemniać.
Z Gorzowa do Pyrzyc zabrałyśmy się z pewnym Panem i jego 7 letnim synkiem, który lubi samochody i gry, a nie lubi swojego kolegi, który bije dzieci. Pan w drodze snuł nam teorie spiskowe na temat WTC, panowania Żydów nad światem, zmiany pogody przez Rosjan, Smoleńska, podsłuchów na lotniskach w Anglii, które pokazywała mu znajoma, grożenia mu przed urzędem skarbowym, gdy stwierdził, że nie będzie płacić podatków, itp. Ciekawie jest posłuchać różnych punktów widzenia.
Pyrzyce. Ciemna noc, nikt nie jeździ, pytamy czy ktoś nas weźmie – wszyscy jadą w przeciwnym kierunku. Siedzimy więc w restauracji na stacji, jemy frytki, psychicznie przygotowujemy się do nocowania na zadupiu, ale jeszcze próbujemy coś złapać przy wyjeździe ze stacji. Zatrzymuje się samochód. W nim czwórka młodych chłopaczków, których wcześniej pytałyśmy o przewóz. Twierdzą, że nie jadą do Szczecina, bo są stąd, ale z racji tego, że i tak nie mają co robić, a my jesteśmy w potrzebie, zawiozą nas tam. Wsiadłyśmy więc, ja zgarbiona na kolanach Megi, ledwo się mieszcząc. Sześć osób w osobówce, średnio 160 km/h, w porywach do 190, deszcz i śliska jezdnia, śmierć w oczach. Po niedługim czasie dotarłyśmy do centrum Szczecina, gdzie wymieniliśmy się numerami telefonu i skąd nocnym autobusem dostałyśmy się do Gosi, koleżanki Megi, u której miałyśmy spać. Koniec trasy ok. 1 w nocy.

21 maja, słońce, nieco chłodniej niż wczoraj, jedziemy nad morze. Wybrałyśmy Międzyzdroje. Kilka autobusów dowiozło nas na wylotówkę. Megi pyta starszego Pana o kierunek drogi, starszy Pan opowiada o pierwszych autostopowiczkach – dwie dziewczyny zostały w 1964 zgwałcone w tym miejscu, nie było jeszcze zabudowań. Z tym radosnym początkiem drogi usadowiłyśmy się przy przystanku autobusowym. Zatrzymał się duży mężczyzna z młodym chłopcem. Mężczyzna miał płaski, rozwalony nos, chłopiec siniaki na twarzy, rozwalony palec i kilka ran gdzieniegdzie. Mężczyzna prowadził dość dziwną rozmowę:
Pan: – a Wy skąd jesteście?
Megi: – Z Wrocławia
Pan: – Kłamiecie! A ja jestem z policji. Uwierzyłyście mi?
Pan: – Gdzie pracujecie? Na ulicy?
Megi: – Nie. Teraz chwilowo na produkcji.
Pan: – Seksmisji?
Po czym zaczął głośno puszczać Czerwone Gitary pytając czy znamy. Po chwili stwierdził, że lepsze będzie disco polo i sprośne piosenki, które śpiewał razem z płytą. Pan ów, jak się okazało, był przez 21 lat mistrzem kick boxingu, chłopak to jego uczeń, wracali właśnie z mistrzostw ze Szczecina, chłopak przegrał pierwszą walkę z dużym i silnym przeciwnikiem. „Oglądacie Big Brothera?” – zagadnął mężczyzna. „Nie oglądamy telewizji”. Pan to Józef Warchoł, przez tydzień brał udział w ostatnim odcinku Big Brothera. Oficjalnie Wielki Brat usunął go dyscyplinarnie po tygodniu. Nieoficjalnie dla zwiększenia oglądalności kazano mu rozwalić drzwi w domu Wielkiego Brata, za co dostał 50 000. Zatrzymaliśmy się w McDonaldzie, dostałyśmy shake’a i fryty. „Kochacie swojego ojca? Trzeba kochać ojca, nieważne jaki jest, bo on dał Wam życie. Wierzycie w Jezusa Chrystusa?”. Kiedy trener zamawiał jedzenie, chłopak mówił, że on już tyle walk stoczył, że już ma zryty beret od tego i że mamy sobie sprawdzić w necie kim jest. W Goleniowie na pożegnanie dostałyśmy wizytówkę i jakąś nudną gazetę na drogę.
Z Goleniowa do Troszyna wiózł nas facet, który narzekał, że Międzyzdroje są brzydkie i nic tam nie ma. Do Międzyzdrojów dowiózł nas już wytatuowany chłopak, który mieszkał w tym mieście.
Teraz czeka nas kilka godzin na plaży, niestety wiatr sprawił, że leżałyśmy w swetrach. Megi wskoczyła do wody, ja zamoczyłam tylko stopy. Kojący szum wody sprawił, że przysnęłam na godzinkę, Megi w tym czasie poszła na spacer i do sklepu, przynosząc paluszki, banany i czerwone, słodkie winogrona. Kocham wsłuchiwać się w szum morza, uspokaja mnie, potęga morza przywodzi na myśl wolność, wieczny ruch, fale nigdy się nie zatrzymują. Potem przespacerowałyśmy przez molo i Aleję Gwiazd. Ewa Błaszczyk ma dłoń pasującą do mojej ;) Na pożegnanie po piwku i na wylotówkę. Niestety zaczynało się sciemniać. Do Wolina zawiozło nas dwóch młodych chłopaków.
Powoli się ściemniało, poszłyśmy z Megi na stację, gdy stałyśmy na wylocie ze stacji zatrzymał się samochód, a w nim czterech chłopaków, stwierdzili, że możemy jechać z nimi. „Chyba nie macie miejsca” – stwierdziłam, „Znajdzie się”. Wsiadłyśmy więc, znów siedziałam Megi na kolanach, na szczęście ten samochód był nieco większy. Chłopaki z Poznania, jechali właśnie na jakiegoś grila do znajomych koło Gniezna. Było mega śmiesznie, mieliśmy tam wesoły autobus, jak to jeden z nich nazwał. Dostałyśmy numer telefonu i zaproszenie do Poznania na imprezę. Generalnie miałyśmy wysiąść gdzieś po drodze, jednak Pan kierowca nieco pomylił drogę i dojechał w rezultacie do Pyrzyc. W ramach rekompensaty i z racji tego, że było już ciemno (po 23), dowiózł nas do jakiegoś centrum handlowego w Szczecinie, skąd miałyśmy autobus nocny do domu. W planie był wypad na Juwenalia, jednak zmęczenie dało nam się we znaki i o 1 już smacznie chrapałyśmy.

22 maja. Gosia twierdzi, że wczoraj, w ostatni dzień Juwenaliów rozdawali piwo za darmo. Zebrałyśmy się i ok. 13 wyszłyśmy z domu, kilka autobusów później byłyśmy już na wylotówce na Zieloną Górę, droga powrotna inną trasą. Żar lał się z nieba niemiłosiernie, szkoda, że dziś, a nie wczoraj. Długo nikt się nie zatrzymywał. Napisałam na kartce: „Do domu” i narysowałam uśmiechnięty domek w nadziei, że ktoś się w końcu zlituje. Pierwszy samochód, który nam się zatrzymał to tir, kierowca przewiózł nas kawałek, po czym jego miejsce zajął jego kolega, którego tamten poprosił, żeby dowiózł nas dalej. Na początku nieco marudził o mandacie, jednak okazał się bardzo sympatyczny. Dostałyśmy od niego po tachometrze na pamiątkę.
Wysiadłyśmy na jakimś rozjeździe, łapiąc kolejnego stopa zatrzymali się harley’owcy z Niemiec, którzy niestety nie jechali w naszą stronę, ale nieomieszkałyśmy zrobić sobie z nimi zdjęć. Zatrzymała się kobieta, blondynka koło trzydziestki, opowiadała nam, że ma depresję, do tego chorobę dwubiegunową i borderline, jest od pół roku na psychoterapii, przechodziła kurację antydepresantami, obecnie bierze środki ziołowe, bo boi się przytyć. Zawiozła nas na koniec Gorzowa.
W Gorzowie stałyśmy dłuższą chwilę, zatrzymał się młody facet, wykłada na uczelni, realizuje projekty, najprawdopodobniej niedosłyszy, ma aparat słuchowy. Jechał do Łodzi, więc wysadził nas w Skwierzynie.
W Skwierzynie nie miałyśmy problemu z kolejnym samochodem. Zatrzymał się młody chłopak, mówił, że dopiero kończy szkołę średnią, lubi palić trawę, dużo trawy, jeździ na Woodstock, puszczał nam różne zespoły do posłuchania. Jego pracodawca go nie lubi, bo przychodzi zjarany do pracy. Jechał do Międzyrzecza, ale przez przypadek zawiózł nas do Świebodzina. Widziałam z daleka sławny wielki posąg Jezusa, najprawdopodobniej największy na świecie.
W Świebodzinie zatrzymał się tir lecący na Legnicę. Opowiadał, jak zabrał kiedyś do tira szóstkę autostopowiczów. Innym razem zabrał kobietę, która stwierdziła, że ma mu dać 50 zł, albo 100. Nie dał, potem zaczęła robić dziwne jazdy więc kazał jej wysiadać. Kobieta naciągała kierowców, a później kłamała, że ją chcieli zgwałcić. Kierowca spędził 48 godzin na dołku, zanim sprawa się wyjaśniła. Wysiadłyśmy w Lubiniu.
Stamtąd złapałyśmy kolejnego tira, kierowca mówił, że jeździ czasem do Węgier i do Szwecji, jeśli chcemy, to możemy z nim kiedyś jechać, dostałyśmy nr telefonu.
To już Wrocław. Z Bielan ledwo zdążyłyśmy na autobus Auchan i do domu Megi. Niestety do siebie już dziś nie zdążę dojechać. Jest ciemno.

23 maja. W nocy była burza, Megi poszła na piwo, ja nie dałam rady, poszłam spać, w nocy budziłam się co chwilę. Rano stopem do domu. Nie lubię sama jeździć, ale jakoś pokonuję niechęć i lęk. Zatrzymało się dwóch kierowców, na Warszawę, niestety ja jechałam przez Oleśnicę, więc podziękowałam. Trzeci jechał na Łódź, ale stwierdził, że jedzie przez Oleśnicę. Oczywiście w drodze okazało się, że jechaliśmy obwodnicą i do Oleśnicy nie dotarliśmy, więc musiałam wysiąść w jakiejś dziurze, gdzie samochody jeździły średnio raz na 10 minut. Kierowca jechał ze swoimi starszymi rodzicami, w młodości sam często jeździł stopem, jego mama najprawdopodobniej była chora na demencję lub coś innego. W owej dziurze złapałam starszego Pana, pracownika fizycznego, który jechał do mojego miasta. Opowiadał o wypadkach, które wydarzyły się w okolicy w weekend, zginął młody chłopak, a autobus z dziećmi z Węgier wjechał w tira. Dojechałam bezpiecznie do domu. Jestem zmęczona. Po przyjeździe mam lekkiego doła, być może ze zmęczenia.

Kiedy wracam po takich wyjazdach, pewne ważne rzeczy tracą swoją wartość. Znikają bariery w głowie. Po drodze poznaję różnych ludzi, diametralnie różne światy, różne życia i podejście do świata. Kiedyś naszła mnie myśl, że moje podróże to ucieczka od rzeczywistości. Teraz wiem, że przecież to również jest rzeczywistość. Ciekawa i pasjonująca rzeczywistość :)

PS. Swoją drogą zmieniłam szablon bloga. Robiliśmy ostatnio z Mateuszem zdjęcia w stroju belly dance. Sesja bardzo udana. Na zdjęciu ja :)


4 Comments for this entry

  • Hania

    sesja udana, potwierdzam :) kusisz Magda :D w mojej głowie pojawia się coraz więcej marzeń podróżniczych :) ale mimo wszystko, ryzykujesz.

  • M.

    bez ryzyka nie ma życia :)

  • megi

    Autostop to najbardziej ekscytująca forma podróży. Miejmy nadzieję , że pomimo opinii krążących o autostopowiczach będzie się ją dalej kultywować.
    Wszakże kto nie ryzykuje ten nic nie zyskuje. Warto zaryzykować bo później ma się niesamowite wspomnienia. Przy okazji można porozmawiać z wieloma ciekawymi osobami i dowiedzieć się nierzadko o wielu ciekawych rzeczach :)

  • M.

    zaiste i zaprawdę ;)

Odpowiedz

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...